Jedzenie Zamiast Bomb

www.foodnotbombs.pl

Wrocław: Jedzenie zamiast bomb. Z tego nie ma pieniędzy ani poklasku

Wrzesień 11, 2015 ewa71 0 Comments

Co tydzień w niedzielę obiad jest serwowany we wrocławskim Parku Staszica. Z Jagiellończyka jest tu może trzysta metrów. Ale wózkiem trudno manewrować, kompot wylewa się na krawężnikach. Pytam, czy Food nie miał nigdy problemów z urzędnikami. – Zasada jest prosta – tłumaczy Konrad. – To akcja prywatnych osób, które zapraszają znajomych na obiad. Nie mogą nas ścigać

Żeby zrobić dobry Food, potrzeba niemal stu kilogramów warzyw, trzech litrów oleju, solidnej porcji przypraw. Trzeba też kilkunastu godzin wolnego czasu. I przynajmniej kilku osób, które to wszystko przygotują. A na koniec rozdadzą kilkudziesięciu głodnym.

Food jak Antarktyda

Ale można też inaczej. Poeta Konrad Góra, od trzynastu lat szef kuchni, zaopatrzeniowiec i mózg wrocławskiej akcji Jedzenie Zamiast Bomb (Food Not Bombs): – Według teorii, żeby Food się udał, trzeba jednej osoby do rozpoczęcia akcji i sześciu do jej funkcjonowania – tłumaczy mi, zerkając na gotujący się kilkudziesięciolitrowy gar z kompotem z winogron. – Według mnie jest dokładnie na odwrót.

Przez ostatnich trzynaście lat przewinęło się tu około setki osób. Bo z Foodem jest jak z Antarktydą – w zasadzie nikt nie wytrzymuje tu dłużej niż rok. Zasadę łamie Konrad – dla niego ta akcja jest ambicją i uzależnieniem. Ambicja towarzyszy mu od samego początku, kiedy postanowił sobie, że tak długo, jak będzie się nią zajmował, nie dopuści do sytuacji, żeby nawalić i zostawić głodnych bez posiłku. A z tego, że stała się uzależnieniem, zdał sobie sprawę po jedynej w ciągu trzynastu lat półrocznej przerwie.

– Dopadło mnie wszystko naraz: kryzys twórczy i rozpad życia – opowiada. – Wyjechałem z Wrocławia, wróciłem rok temu, tuż przed Bożym Narodzeniem. Ekipa Foodu poprosiła mnie, żebym pojechał na giełdę owocowo-warzywną z życzeniami świątecznymi dla rolników, którzy od lat wspierali naszą akcję. Jak już się tam znalazłem, poczułem się jak alkoholik po półrocznej przerwie, na głodzie. I znów w to wsiąkłem.

Ruch Food Not Bombs narodził się w latach 80. ubiegłego wieku w Cambridge. Towarzyszy mu idea – wegetariańskie ciepłe jedzenie z produktów wyproszonych od handlarzy, rozdawane za darmo potrzebującym.

Przez trzy dni podpatrywaliśmy, jak gotuje się wrocławski Food.

Piątek. Rozstyk Foodu i poezji

Przygotowanie obiadu dla kilkudziesięciu osób zajmuje przynajmniej trzy dni. Zaczyna się w piątek około godz. 8 wyprawą na targ owocowo-warzywny przy Obornickiej. Jedzie zwykle Góra z kierowcą, który krąży po placu, zbierając kolejne porcje darów. Czy jest jakiś styk poezji, którą zajmuje się na co dzień, z Jedzeniem Zamiast Bomb?

– Raczej rozstyk – wzrusza ramionami. – Kiedy pisałem „Requiem dla Saddama Husajna”, piątek był dla mnie wytchnieniem od intensywnego myślenia o poezji. Jechałem na targowisko i na kilka godzin mogłem się od literatury oderwać.

A jednak, jeśli dobrze poszukać, taki splot istnieje. Bo to tragedia na Obornickiej sprowokowała jeden z wierszy Góry: „Na płycie targowiska zaczadził się jabłczarz. Dogrzewał się butlą, nie zjechał na noc, bo czekał na zwrot dwóch skrzyniopalet / A ja to widziałem; stamtąd miałem blisko”.

Na miejscu jesteśmy o wpół do dziewiątej. Za Górą trudno nadążyć. Stoiska na płycie targowiska zamieniają się w labirynt, w którym tylko on potrafi się odnaleźć, klucząc między kolejnymi korytarzami, od jednego punktu do drugiego.

W dwóch trzecich odprawiają go z kwitkiem. Ale z pozostałych wychodzi, niosąc łupy – kilkunastokilogramowe worki z kapustą i cebulą, naręcza porów. W jednym z magazynów sprzedawca prowadzi nas na zaplecze – w kartonach pomidory, kilka spleśniało, więc na sprzedaż się nie nadadzą, do Foodu – jak najbardziej, wystarczy je przebrać, zostawiając te niezepsute.

Większość handlarzy na dziennikarzy spogląda nieufnie – nikt nie chce skończyć jak piekarz z Legnicy, który za oddawanie chleba potrzebującym został ukarany przez urząd skarbowy.

Wyjątkiem jest Jolanta Dróżdż, która przywozi warzywa na Obornicką z Kalisza. Foodowi daje kilka główek włoskiej kapusty i kilka pekińskiej.

– Pomagam zawsze, kiedy tylko mogę – mówi. – Podziwiam ludzi, którzy robią coś dla innych. Sama mam niepełnosprawne dziecko i wiem, jak taka pomoc może być potrzebna.

Ale zdarza się też, że to widok aparatu fotograficznego otwiera drogę do łupów – pod jedno ze stoisk trzeba podjechać samochodem: dostajemy dwa dwunastokilogramowe worki marchewki i pięć pietruszki. Szczęśliwa, że poza tym, że plączemy się pod nogami, do czegoś jeszcze możemy się przydać, melduję o tym Górze: – Zwariowałaś? Co ja zrobię z sześćdziesięcioma kilogramami pietruszki? Trzeba myśleć, a nie brać wszystko, jak leci.

No fakt, nie pomyślałam. Ale przynajmniej marchewka budzi entuzjazm.

O 10 kończymy. Bilans wyprawy? 60 kg nieszczęsnej pietruszki, 24 – marchwi, 20 – cebuli, 12 – selerów, 10 – kiszonej kapusty. Do tego sześć kalafiorów, dwie skrzynki pomidorów, pięć – winogron do przebrania. Doniczka bazylii, kilka opakowań kiełków, trzy główki włoskiej kapusty i pięć pekińskiej.

Plan na jutro? Zielona zupa warzywna. I może jeszcze bigos. I kompot z winogron, które trzeba szybko zużyć, bo całymi sobą alarmują o zbliżającym się terminie przydatności do spożycia.

Sobota. Pietruszkowe sny

Godzina 15, foodowa kuchnia w Centrum Reanimacji Kultury przy Jagiellończyka. A właściwie na placu budowy – żeby się tu dostać, trzeba przejść obok kilkumetrowego wykopu pod fundamenty sąsiadującego budynku, w którym od dwóch lat nieprzerwanie trwa remont.

Zmiana planów – zamiast zupy będzie purée z pietruszki, które chociaż w części rozwiąże jej problem. Jest też plan, żeby przygotować i zamrozić porcję na przyszły tydzień – między świętami a sylwestrem ekipa może być mniej liczna.

Kroimy w siódemkę – oprócz Konrada jest jeszcze Ewa, studentka filologii rosyjskiej, w Foodzie od dwóch lat, Natalia (kroi warzywa od roku), przyszła prawniczka, oraz Aleksander, Łukasz i Radek – wszyscy od dwóch-czterech miesięcy.

Przy krojeniu kapusty i pomidorów (wylądują w stulitrowym garnku z bigosem, w towarzystwie suszonych grzybów, gruszek i śliwek z kompotu) podpytuję Radka o Food. Na co dzień studiuje na Politechnice Wrocławskiej. W Foodzie od września.

– Tutaj zdaję sobie sprawę, ile jest luk w systemie opieki społecznej – mówi. – Bo ludzie głodują nie z braku żywności, ale przez niedostatek sprawiedliwości. Przychodzę tu z wewnętrznej potrzeby zniwelowania tej dysproporcji. Tutaj można zetknąć się z tą brudną, niefajną, brzydszą częścią życia, którą na co dzień większość stara się obchodzić szerokim łukiem. Widzę, że wciąż są ludzie, którzy czekają w niedzielę na obiad – pod tym względem od lat nic się nie zmieniło. I tak naprawdę, to właśnie ten moment rozdawania jest najbardziej dla mnie dobijający, bo staję twarzą w twarz z ludźmi, dla których ten talerz zupy czy bigosu jest tak ważny. A poza tym same pozytywy – zwłaszcza towarzyskie.

W kuchni przeraźliwie zimno – na zewnątrz temperatura koło zera, tu – niewiele więcej. A krojenie bynajmniej nie rozgrzewa, zwłaszcza jeśli trzeba co i rusz sięgnąć do gara z lodowatą wodą, w którym moczą się warzywa. Nie rozgrzewają też stare płyty Janerki. I nad rosnącym stosem cebuli robi się coraz ciszej.

Na kolejny ogień idzie część mojej pietruszki, a do krojenia dołączają Krzysiek i Justyna. Przynoszą coś na rozgrzewkę – butelka cytrynowej nalewki daje dawkę energii. Oboje swoją przygodę z Foodem zaczynali w Zielonej Górze, gdzie działa bliźniacza akcja. Po przeprowadzce zmienili Food na wrocławski.

– Co nas tu trzyma? – śmieje się Justyna. – Urok osobisty Konrada, cała reszta to dodatek. Nie ma sensu mieszać do tego żadnych uzasadnień. Jesteś, kroisz, gotujesz, wystarczy.

Krzysiek: – Jeśli ktoś przychodzi tu, żeby dorobić sobie kolejną pozycję w CV, odbębnić wolontariat, nie ma to najmniejszego sensu. Takie osoby przez Food też się przewijały, ale szybko stąd zniknęły.

Jest prawie dziesiąta, kiedy można ogłosić fajrant. Jeszcze następnego ranka będę czuła na rękach zapach pietruszki.

Niedziela. Po obu stronach kotła

Jest 10. Konrad wstawia bigos w stulitrowym garze. Trzeba jeszcze przebrać winogrona i ugotować kompot. A pietruszkę przerobić na purée (takiej porcji żaden blender by nie sprostał, tutaj o wiele lepiej sprawdza się wiertarka ze specjalną nasadką) i przygotować sos – pójdą na niego cztery słoiki chrzanu, kilo mąki, po słoiku korniszonów i kaparów oraz litr oleju.

Dziś do ekipy dołączył Władysław Ozga, emerytowany technik automatyzacji systemów przemysłowych. Ma 62 lat i jest najstarszym krojczym, a zarazem jedynym w historii Foodu przykładem przejścia na drugą stronę kotła. Bo przez pewien czas był jednym z odbiorców foodowych obiadów. A pewnego dnia przyszedł na Jagiellończyka i zabrał się do krojenia.

– Bywałem wcześniej w CRK – wspomina. – Na projekcjach filmów, koncertach. No i obudziła się we mnie potrzeba pracy dla drugiego człowieka. Daje mi to satysfakcję i cieszy. Że jest taka chęć niesienia pomocy w młodym pokoleniu. To może dziwić, bo wciąż jesteśmy w ogonie Europy, jeśli chodzi o wolontariat.

O 12 zaczyna się gotować kompot. Na dzisiejszy obiad pójdzie jedna czwarta gazu z butli (napełnienie kosztuje ok. 60 zł). Konrad tłumaczy, że Jedzenie Zamiast Bomb to dla niego nie akcja charytatywna, ale filozofia życia. I jest w niej ortodoksem.

– Moja obsesja to totalne odcięcie finansowych kosztów – mówi. – Dlatego marzy mi się ogródek działkowy w okolicy z dostępem do wody, gdzie mógłbym gotować Food na ognisku. I miejsce do gromadzenia przetworów na zimę.

Pierwszy Food zrobił w 1997 roku, ale na stałe zaczął działać w 2000.

– Na początku trzy grupy we wrocławskich squotach przygotowywały obiady rotacyjnie – opowiada. – Ale z czasem została tylko moja. Miałem kryzysy – zdarzało mi się robić obiady samodzielnie, do niedawna kuchnia była na piętrze i trzeba było znosić stulitrowe garnki po schodach. Raz były tak oblodzone, że musieliśmy przenieść akcję na nasze podwórko i przyprowadzić kolejkę tutaj.

Najbardziej dopiekła mu zima 2005 roku. Wyjątkowo ostra, w dodatku zaprzyjaźnieni kierowcy nie mogli pomóc i Góra cały sezon na Obornicką ciągnął wózek rowerem.

– Na ścieżki rowerowe był zrzucany śnieg, a ja, żeby zachować równowagę z wypakowanym wózkiem, dociążałem plecakiem. Niewielki manewr, a wylądowałbym z tym wszystkim na ziemi. Zhardziałem po tej zimie. Czasem jak mnie weźmie na marudzenie, przypominam ją sobie i od razu przechodzi.

Przed 15 Food jest gotowy. Teraz trzeba załadować stulitrowy gar z bigosem i drugi, z kompotem, na wózek. Pociągnie go Konrad. Radek z Łukaszem zaniosą purée i sos.

Co tydzień w niedzielę, od września do końca czerwca, obiad jest serwowany w Parku Staszica. Z Jagiellończyka jest tu może trzysta metrów. Ale wózkiem trudno manewrować, kompot wylewa się na krawężnikach.

Pytam, czy Food nie miał nigdy problemów z urzędnikami.

– Zasada jest prosta – tłumaczy Konrad. – To akcja prywatnych osób, które zapraszają znajomych na obiad. Nie reprezentujemy żadnej firmy, instytucji, organizacji, więc nie mogą nas ścigać.

Znajomych, bliższych i dalszych, przychodzi od 20 do 70 w zależności od kalendarza. Bo emerytury, renty i zasiłki są wypłacane 20, więc jeśli niedziela wypadnie siedemnastego, będzie tłum, a tydzień później nieco się przerzedzi. Zimą, wbrew pozorom, grono wyraźnie się kurczy – część bezdomnych trafia do schronisk, inni zaszywają się na działkach, jest to też, niestety, sezon niespodziewanych śmierci.

Wśród czekających co tydzień na obiad są mieszkańcy Nadodrza i bezdomni, alkoholicy, emeryci, renciści, matki z dziećmi, kryminaliści. Bo Food nie dzieli swoich gości na lepszych i gorszych – obiad należy się każdemu.

Tym razem przychodzi niewiele ponad 20 osób, żeby zjeść na miejscu, ale też zabrać zapas do domu – dla siebie i rodziny. Bigos ląduje na talerzach, w słoikach, wiaderkach i garnkach.

Po drugiej stronie kotła jest m.in. Anka (42 lata), od kilku lat bezrobotna, bez prawa do zasiłku.

– Czasem uda się złapać dorywczą pracę, ale na co dzień jest ciężko – mówi. – Dlatego takie akcje są potrzebne. Ten bigos wystarczy mi na dwa-trzy dni. Jeszcze w Wigilię będę go jadła.

Urszula ma dużą ośmioosobową rodzinę. Tylko mąż pracuje – ona zajmuje się domem i dziećmi. Też stara się pomagać – razem z mężem znajduje czas na wolontariat w jednej z wrocławskich fundacji.

– Bywa ciężko, ale nie siedzę i nie płaczę. Daję radę, a dzięki takim inicjatywom jak Jedzenie Zamiast Bomb jest dużo łatwiej. Najważniejsze, żeby nie siedzieć i nie czekać, aż z nieba skapnie. Nie wstydzić się i w potrzebie prosić o pomoc.

Krzysztof (51 lat), Andrzej (60) i Dariusz (47) na Foodzie są co tydzień. I obiady bardzo sobie chwalą. Pierwszy z nich dokładki nie zabierze do domu, bo od kilku lat nie ma własnego adresu. Jak ostatnio było ciężko, przygarnął go Dariusz. Nie po raz pierwszy i nie bezwarunkowo: jak kolega źle się zachowuje, drzwi są zamknięte. A po alkoholu często mu się to zdarza.

Foodowi goście tłumaczą, że charytatywne jadłodajnie działają zwykle przez sześć dni w tygodniu. W niedzielę mają przerwę na odpoczynek, a żołądki odpoczywać nie chcą. Dlatego akcja jest tak potrzebna.

Kiedy kolejka topnieje, dwie strony kotła się łączą – obiad je także ekipa Jedzenia. Pietruszkowe purée smakuje zaskakująco dobrze – słodkawy smak łagodzi ostry chrzanowy sos.

– Dobry Food nam wyszedł – mówi Radek. A Aga, jeleniogórska inspektor ochrony zabytków, o której Góra mówi „huragan pozytywności” i która wpadła jak burza pod koniec akcji, kwituje: – Misja wykonana.

– Bo to jest misja – tłumaczy. – Z tego nie ma pieniędzy ani poklasku. Nikt cię po głowie nie pogłaszcze, nie powie, że dobrze zrobiłaś. Altruizm w stanie czystym, piękna idea.

Dodaj komentarz

Your email address will not be published / Required fields are marked *